sobota, 12 września 2015

Prolog

            Charolotte przemierzała samotnie szpitalny korytarz. Lampy jarzyły się bladym światłem, a wokoło panowała irytująca cisza. Nie znosiła jej. Przez całe życie uciekała przed nią. Imprezowała jeszcze w wieku pięćdziesięciu lat, bawiąc się jak niejedne młode, a gdy zbrakło jej już sił i zdrowia urządzała w swoim mieszkanku w bloku wieczorki dla seniorów, które i tak – prędzej czy później (ale raczej prędzej) przemieniały się w libacje alkoholowe.
A wszystko to, by zagłuszyć samotność. Samotność wywołaną brakiem miłości kogoś, kto nie jest twoim dzieckiem czy rodzicem. Nie potrafiła pokochać mężczyzny dłużej niż na tydzień. Wszystkie romanse były krótkie, intensywne i z przypadku. Tak samo szczęśliwym trafem na świat przyszło jej jedyne dziecko – Marie.
Podpierając się ręką o wypłowiałą, zieloną ścianę podążała do sali numer 8.
- Pani Talley! - Kobieta usłyszała za sobą podniesiony głos młodej pielęgniarki. - Miała pani nie ruszać się z łóżka!
- Miałam posiusiać się w majtki? To, że umieram nie likwiduje moich potrzeb fizjologicznych! - wymruczała staruszka, odgarniając z oczu parę zbłąkanych kosmyków siwych włosów. Przynajmniej one jej zostały! Była święcie przekonana, że będą stosować na niej chemioterapię, dlatego trochę się zawiodła, gdy usłyszała, że nie ma szans na wygraną z nowotworem. Cóż, palenie papierosów przez czterdzieści dwa lata dało się we znaki.
Ponadto zareagowała ze stoickim spokojem na wiadomość o raku płuc.
- I na miłość Boską, Yvonne, nie postarzaj mnie jeszcze bardziej! Mam na imię Lottie! - Mówiła głosem, którego sama czasami nie poznawała. Tak bardzo przyzwyczaiła się do dźwięcznej melodii, jaka wypływała z jej ust gdy coś mówiła jako dwudziestolatka. Jej córka mawiała, że Lottie to wieczna nastolatka.
- Nie wydaje mi się pani Talley. Pani imię to Charlotte, a ja jestem od pani czterdzieści lat młodsza i nie zamierzam mówić do pani na 'ty' – Pielęgniarka mówiła cały czas tym samym, monotonnym głosem, jakby takie sytuacje jak ta były dla niej chlebem powszednim.
- Coś markotna jesteś ostatnio, Yvonne. - Młoda pielęgniarka przewróciła oczami.
- Niech pani ładuje się na ten wózek i nie marudzi. A tak poza tym jestem Angela. - Wzięła pojazd dla inwalidów spod ściny i czekała cierpliwe, aż zajmie go Charlotte.
- Wiem, wiem, mówiłaś mi to setki razy! Ale tak bardzo przypominasz mi moją koleżankę z czasów studiów... - Grzecznie usadowiła się w niewygodnym siodełku, ale w duchu dziękowała Bogu, że nie musi iść na piechotę. Ostatnio jakikolwiek ruch sprawiał jej nieopisany ból. - Angela, Angela. Co to w ogóle jest za imię! - marudziła pod nosem przedrzeźniającym głosem.
Podążały w wolnym tempie po korytarzu.
W pewnym momencie kobieta zaczęła wyczuwać, że dzieje się coś złego. Zaczęło ją potwornie suszyć w klatce piersiowe i czuła nieprzemożoną chęć kasłania.
- Angela. - Pielęgniarka spojrzała na staruszkę zdziwionym wzrokiem. Pierwszy raz użyła jej prawidłowego imienia. - Coś. Jest. Nie. Tak – mówiła między kolejnymi kaszlnięciami.
Gdy Angela wychyliła się zza zgarbionych pleców Charlotte, ujrzała tworząca się powoli plamę krwi. Czerwona ciecz wydobywała się z gardła staruszki, ściekając wstążką po brodzie.

 
Pomarszczone, sine palce miętosiły metalowe kółeczka do zapinania bransoletki.
              Jak zwykle spóźniała się. W końcu Paul jest ważniejszy od starej, umierającej matki! Zamierzali się pobrać. Ciekawe, czy Marie w ogóle odnosi po niej żałobę, czy może od razu pogna przed ślubny kobierzec.
W końcu jednak po godzinnym spóźnieniu przybyła.
Ręce obładowane miała papierowymi torbami z żywnością, dlatego drzwi otworzyła łokciem.
- Sześć namo – wydukała z kluczkami do auta w ustach.
Marie była niską kobietą o porcelanowej twarzy i włosach, nie rudych, a bordowych. Kolor praktycznie niespotykany naturalnie. Te dwie rzeczy były całkowicie odziedziczone po matce, i gdyby nie one, Charlotte pomyślałaby, że została podmieniona w szpitalu.
Jej córka była najbardziej poukładanym i zorganizowanym człowiekiem jakiego znała (no może poza jej narzeczonym). Jeśli coś sobie zaplanowała nic nie było w stanie jej przeszkodzić.
- Paul cię wykorzystuję, Marie. Robisz za tragarza, kucharkę, głowę domu, sprzątaczkę...
- Dość, mamo! - Niemalże wykrzyknęła kobieta, odstawiając pakunki na podłogę koło łóżka szpitalnego. Sama przysunęła sobie metalowe krzesełko, pokryte białą farbą. - Wyjdę za Paula, czy ci się to podoba, czy nie!
Charlotte pokiwała zrezygnowana głowę, co sprawiło jej kolejny ból. Była taka wycięczona i poobijana, że prawie błagała by ogarnął ją wieczny sen.
- Zakupy zrobiłam przy okazji. Wracam właśni prosto z pracy. - No tak, praca to jej kochanek, jak zwykła nazywać Lottie posadę asystentki, którą obejmowała jej córka. Poświęcała jej jeszcze więcej czasu niż temu przeklętemu Paulowi. - Jak ty się w ogóle czujesz mamo?
Charlotte przełknęła ślinę na myśl o wyjawieniu Marie prawdy.
Wzięła się w garść.
- Niestety, kochanie, mam dla ciebie złe wieści. Gdy przyjdziesz tu następnym razem, możesz zastać posłane łóżko – mówiła spokojnym tonem, z chrypką. Z dnia na dzień coraz częściej nie mogła złapać oddechu, a krwioplucia powtarzały się niewiarygodnie często. Wiedziała, że koniec jest bliski.
Widząc reakcję córki żałowała, że powiedziała jej cokolwiek.
Kobieta przyłożyła sobie rękę do klatki piersiowej i zaczęła spazmatycznie oddychać.
- Mamo, mówisz prawdę, czy znowu ze mnie żartujesz? - zapytała między urywanymi oddechami.
- Wiem to od lekarzy, a oni raczej nie są skorzy do żartów – przekręciła oczami. - Zanim pójdziesz chce ci coś jeszcze podarować. - Charlotte zaczęła majstrować przy zapięciu bransoletki.
- Ale mamo! Ja nie zamierzam nigdzie wychodzić. Jestem ci potrzebna teraz, tutaj!
Staruszka puściła jej słowa mimo uszu.
- Proszę. - Wypuściła ozdobę z zaciśniętej pięści wprost do otwartej dłoni Marie. - Druga połówka należy do twojego ojca. Jeśli spotkałabyś mężczyznę, koło sześćdziesiątki, z zawieszką Yin na bransoletce, to twój ojciec. Zawsze mówił, że jestem jego słoneczkiem, takim Yang. - Staruszka uśmiechnęła się do własnych wspomnień.
Marie zaczęła obracać ozdobę w palcach. Na srebrnym łańcuszku rzeczywiście zawieszony był symbol Yang.
- Dziękuję, jest piękna. - Marie od razu zapięła ją na szczupłym nadgarstku. - Skoro... skoro... ty...
Umieram.
- Tak, umierasz – wydukała z ledwością czerwonowłosa. - Może... Może opowiedziałabyś mi o moim ojcu? Nigdy nie poruszałam tego tematu, bo bałam się, że cię rozdrażnię.
- A co mi tam! – Chalotte zaśmiała się charcząc. - Opowiem ci o wszystkich moich romansach zaczynając od pierwszej miłości w szkole średniej, a kończąc na moich wybrykach z panem Stanleyem spod szóstki. I to z takimi szczegółami, że podsumujesz swoje życie sypialniane jako nieudane.
 
 
 
***
 

Witajcie owieczki!
Oto prolog nowego opowiadania - 'Wszyscy mężczyźni Lottie'. Z góry jednak zapowiadam, że będzie ono w formie pamiętnikarskiej z perspektywy Charlotte.
Mam już parę pomysłów na jej facetów, więc może być ciekawie.
Prolog wyszedł mi krótszy niż zamierzałam, ale nie chciałam zanudzać was zbędnymi opisami, mam nadzieję, że się nie obrazicie.
Tymczasem jak spodobała wam się postać Charlotte? Zapowiadam tylko, że w młodości wcale nie była mniej energiczna i pomysłowa :3
Proszę o wyrażanie swojej opinii w komentarzu i o obserwację!
Pozdrawiam, Loup Brebis
 
 
 

 
 
 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz