A
wszystko to, by zagłuszyć samotność. Samotność wywołaną
brakiem miłości kogoś, kto nie jest twoim dzieckiem czy rodzicem.
Nie potrafiła pokochać mężczyzny dłużej niż na tydzień.
Wszystkie romanse były krótkie, intensywne i z przypadku. Tak samo
szczęśliwym trafem na świat przyszło jej jedyne dziecko –
Marie.
Podpierając
się ręką o wypłowiałą, zieloną ścianę podążała do sali
numer 8.
-
Pani Talley! - Kobieta usłyszała za sobą podniesiony głos młodej
pielęgniarki. - Miała pani nie ruszać się z łóżka!
-
Miałam posiusiać się w majtki? To, że umieram nie likwiduje moich
potrzeb fizjologicznych! - wymruczała staruszka, odgarniając z oczu
parę zbłąkanych kosmyków siwych włosów. Przynajmniej one jej
zostały! Była święcie przekonana, że będą stosować na niej
chemioterapię, dlatego trochę się zawiodła, gdy usłyszała, że
nie ma szans na wygraną z nowotworem. Cóż, palenie papierosów
przez czterdzieści dwa lata dało się we znaki.
Ponadto
zareagowała ze stoickim spokojem na wiadomość o raku płuc.
-
I na miłość Boską, Yvonne, nie postarzaj mnie jeszcze bardziej!
Mam na imię Lottie! - Mówiła głosem, którego sama czasami nie
poznawała. Tak bardzo przyzwyczaiła się do dźwięcznej melodii,
jaka wypływała z jej ust gdy coś mówiła jako dwudziestolatka.
Jej córka mawiała, że Lottie to wieczna nastolatka.
-
Nie wydaje mi się pani Talley. Pani imię to Charlotte, a ja jestem
od pani czterdzieści lat młodsza i nie zamierzam mówić do pani na
'ty' – Pielęgniarka mówiła cały czas tym samym, monotonnym
głosem, jakby takie sytuacje jak ta były dla niej chlebem
powszednim.
-
Coś markotna jesteś ostatnio, Yvonne. - Młoda pielęgniarka
przewróciła oczami.
-
Niech pani ładuje się na ten wózek i nie marudzi. A tak poza tym
jestem Angela. - Wzięła pojazd dla inwalidów spod ściny i czekała
cierpliwe, aż zajmie go Charlotte.
-
Wiem, wiem, mówiłaś mi to setki razy! Ale tak bardzo przypominasz
mi moją koleżankę z czasów studiów... - Grzecznie usadowiła się
w niewygodnym siodełku, ale w duchu dziękowała Bogu, że nie musi
iść na piechotę. Ostatnio jakikolwiek ruch sprawiał jej
nieopisany ból. - Angela, Angela. Co to w ogóle jest za imię! -
marudziła pod nosem przedrzeźniającym głosem.
Podążały
w wolnym tempie po korytarzu.
W
pewnym momencie kobieta zaczęła wyczuwać, że dzieje się coś
złego. Zaczęło ją potwornie suszyć w klatce piersiowe i czuła
nieprzemożoną chęć kasłania.
-
Angela. - Pielęgniarka spojrzała na staruszkę zdziwionym wzrokiem.
Pierwszy raz użyła jej prawidłowego imienia. - Coś. Jest. Nie.
Tak – mówiła między kolejnymi kaszlnięciami.
Gdy
Angela wychyliła się zza zgarbionych pleców Charlotte, ujrzała
tworząca się powoli plamę krwi. Czerwona ciecz wydobywała się z
gardła staruszki, ściekając wstążką po brodzie.
Pomarszczone,
sine palce miętosiły metalowe kółeczka do zapinania bransoletki.
Jak
zwykle spóźniała się. W końcu Paul jest ważniejszy od starej,
umierającej matki! Zamierzali się pobrać. Ciekawe, czy Marie w
ogóle odnosi po niej żałobę, czy może od razu pogna przed ślubny
kobierzec.
W
końcu jednak po godzinnym spóźnieniu przybyła.
Ręce
obładowane miała papierowymi torbami z żywnością, dlatego drzwi
otworzyła łokciem.
-
Sześć namo – wydukała z kluczkami do auta w ustach.
Marie
była niską kobietą o porcelanowej twarzy i włosach, nie rudych, a
bordowych. Kolor praktycznie niespotykany naturalnie. Te dwie rzeczy
były całkowicie odziedziczone po matce, i gdyby nie one, Charlotte
pomyślałaby, że została podmieniona w szpitalu.
Jej
córka była najbardziej poukładanym i zorganizowanym człowiekiem
jakiego znała (no może poza jej narzeczonym). Jeśli coś sobie
zaplanowała nic nie było w stanie jej przeszkodzić.
-
Paul cię wykorzystuję, Marie. Robisz za tragarza, kucharkę, głowę
domu, sprzątaczkę...
-
Dość, mamo! - Niemalże wykrzyknęła kobieta, odstawiając pakunki
na podłogę koło łóżka szpitalnego. Sama przysunęła sobie
metalowe krzesełko, pokryte białą farbą. - Wyjdę za Paula, czy
ci się to podoba, czy nie!
Charlotte
pokiwała zrezygnowana głowę, co sprawiło jej kolejny ból. Była
taka wycięczona i poobijana, że prawie błagała by ogarnął ją
wieczny sen.
-
Zakupy zrobiłam przy okazji. Wracam właśni prosto z pracy. - No
tak, praca to jej kochanek, jak zwykła nazywać Lottie posadę
asystentki, którą obejmowała jej córka. Poświęcała jej jeszcze
więcej czasu niż temu przeklętemu Paulowi. - Jak ty się w ogóle
czujesz mamo?
Charlotte
przełknęła ślinę na myśl o wyjawieniu Marie prawdy.
Wzięła
się w garść.
-
Niestety, kochanie, mam dla ciebie złe wieści. Gdy przyjdziesz tu
następnym razem, możesz zastać posłane łóżko – mówiła
spokojnym tonem, z chrypką. Z dnia na dzień coraz częściej nie
mogła złapać oddechu, a krwioplucia powtarzały się
niewiarygodnie często. Wiedziała, że koniec jest bliski.
Widząc
reakcję córki żałowała, że powiedziała jej cokolwiek.
Kobieta
przyłożyła sobie rękę do klatki piersiowej i zaczęła
spazmatycznie oddychać.
-
Mamo, mówisz prawdę, czy znowu ze mnie żartujesz? - zapytała
między urywanymi oddechami.
-
Wiem to od lekarzy, a oni raczej nie są skorzy do żartów –
przekręciła oczami. - Zanim pójdziesz chce ci coś jeszcze
podarować. - Charlotte zaczęła majstrować przy zapięciu
bransoletki.
-
Ale mamo! Ja nie zamierzam nigdzie wychodzić. Jestem ci potrzebna
teraz, tutaj!
Staruszka
puściła jej słowa mimo uszu.
-
Proszę. - Wypuściła ozdobę z zaciśniętej pięści wprost do
otwartej dłoni Marie. - Druga połówka należy do twojego ojca.
Jeśli spotkałabyś mężczyznę, koło sześćdziesiątki, z
zawieszką Yin na bransoletce, to twój ojciec. Zawsze mówił, że
jestem jego słoneczkiem, takim Yang. - Staruszka uśmiechnęła się
do własnych wspomnień.
Marie
zaczęła obracać ozdobę w palcach. Na srebrnym łańcuszku
rzeczywiście zawieszony był symbol Yang.
-
Dziękuję, jest piękna. - Marie od razu zapięła ją na szczupłym
nadgarstku. - Skoro... skoro... ty...
Umieram.
-
Tak, umierasz – wydukała z ledwością czerwonowłosa. - Może...
Może opowiedziałabyś mi o moim ojcu? Nigdy nie poruszałam tego
tematu, bo bałam się, że cię rozdrażnię.
-
A co mi tam! – Chalotte zaśmiała się charcząc. - Opowiem ci o
wszystkich moich romansach zaczynając od pierwszej miłości w
szkole średniej, a kończąc na moich wybrykach z panem Stanleyem
spod szóstki. I to z takimi szczegółami, że podsumujesz swoje
życie sypialniane jako nieudane.
***
Witajcie owieczki!
Oto prolog nowego opowiadania - 'Wszyscy mężczyźni Lottie'. Z góry jednak zapowiadam, że będzie ono w formie pamiętnikarskiej z perspektywy Charlotte.
Mam już parę pomysłów na jej facetów, więc może być ciekawie.
Prolog wyszedł mi krótszy niż zamierzałam, ale nie chciałam zanudzać was zbędnymi opisami, mam nadzieję, że się nie obrazicie.
Tymczasem jak spodobała wam się postać Charlotte? Zapowiadam tylko, że w młodości wcale nie była mniej energiczna i pomysłowa :3
Proszę o wyrażanie swojej opinii w komentarzu i o obserwację!
Pozdrawiam, Loup Brebis
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz